Informacje o autorach strony
Ustaw jako stronę startową Napisz do nas Dodaj stronę do ulubionych
 

 

zobacz też: Muzeum Wnętrz Fabrykanckich- Rezydencja "Księzy Młyn"

 

"Historia Księżego Młyna"

 

Zgadnijcie, kim jestem?!

Cześć łodzianie!

To ja! Wasza stara znajoma!

Jestem z Wami od niepamiętnych czasów. Gdy Łódź (a właściwie Wieś Łódka, bo to była jej pierwsza nazwa) powstawała, ja nie znajdowałam się jeszcze w jej granicach. Leżałam nad rzeką Jasień pomiędzy wsiami: Wólką i Widzew.

Czy już wiecie, jakie noszę imię?

Jeśli nie, podpowiem Wam - moim ulubionym kolorem jest czerwony, gdyż wszystko tu mieni się w jego odcieniach. Moją ulubioną porą roku jest
zaś jesień, kiedy cała przyroda wokół mnie przybiera tę barwę.

Oo! Chyba słyszę już gdzieś odpowiedź!

Tak! Zagadnęliście! - Księży Młyn .

Jestem dziś tutaj z Wami, by opowiedzieć Wam moją historię. Przekonacie się, że jednak warto interesować się również dziejami swojego miasta, gdyż mogą być one zadziwiająco ekscytujące.

Poza tym, co to za porządki! By nie wiedzieć nic o historii swojego miasta?! Doprawdy, to niemożliwe?! Łodzianie żyją, pracują, uczą się, często nawet spacerują po alejkach w parku "Źródliska", dokładnie wiedzą, gdzie jest osiedle Księży Młyn, ale na pewno większość nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielki wpływ miałam na rozwój naszego miasta! Gdyby nie ja i moi właściciele, Łódź nie byłaby tak wielka i sławna jak jest obecnie.

Jeszcze przed stu laty tętniło tutaj życie gospodarcze, rozwijał się przemysł, a kontakty towarzyskie sfer najbogatszych - łódzkiej burżuazji i finansjery - w niczym nie ustępowały zwyczajom przyjętym w całej Europie.

Dziś rzeczywistość jest zupełnie inna. Budynki mieszkalne, zaliczane w czasach swego powstania do nowoczesnych i znakomicie wyposażonych, wymagają remontów i inwestycji. Fabryki sprawiają wrażenie nieco uśpionych. Można powiedzieć, że moje burzliwe dzieje stały się legendą, a nawet bajką.

"To smutne, ale prawdziwe". Chciałabym, aby cofnął się czas i by znów moje ulice tętniły życiem.

Dlatego właśnie pragnę opowiedzieć Wam moją historię. Mam nadzieję, że to skłoni Was do odwiedzin. Zapewniam Was, że nie pożałujecie, a wręcz przeciwnie pokochacie mnie.

Rozdział 1

Trudne początki

Jak już Wwam mówiłam jestem bardzo stara, i jak na kobietę przystało nie wyjawię Wam mojej dokładnej daty narodzin. Mogę Wam jedynie powiedzieć, że było to przed 1484 r., kiedy to w księgach miejskich pojawiła się pierwsza wzmianka na mój temat - nie byłam jeszcze wtedy ulicą, tylko młynem stojącym na rzece Jasień. Powstałam dzięki sołtysowi Starej Wsi, który w 1387r. otrzymał pozwolenie na wybudowanie "mnie". Natomiast moim właścicielem został poczciwy pleban łódzki.

Nie byłam, jak się pewnie domyślacie, jedynym młynem w okolicy. Miałam wielu sąsiadów, m.in.: Młyn Lamus, Młyn Wójtowski, Młyn Kulam, one jednak "nie umywały się do mnie" - mój młyn był największy. Moje wymiary, to 8,3 x 7,1 metra, a należąca do mnie ziemia rozciągała się równoleżnikowo od Młyna Wójtowskiego do Kulamu, a południkowo od granic Zarzewa do gruntów miejskich zwanych Karkoszką, było to 71 mórg - około 40 ha. Nie wątpię, że te uposażenia w następnych wiekach umożliwiały przekształcenie w przysiółki (przypis autora: mała wioska, folwark).

Następnie przez kilka stuleci przekazywano mnie z jednej rodziny dzierżawców do drugiej. Mile wspominam te lata. Wtedy to powstały dwa pierwsze domy w moim pobliżu. Było tak miło i swojsko, śmiech dzieci przeplatał się z nieustającym szumem wody i turkotem turbin. To sielankowe życie przerwała wiadomość o wojnie z Rosją, a był to 1792 r., i w niedługim czasie plebanowi nie były już potrzebne dwie chałupy dla pracowników. Liczba sąsiadujących ze mną młynów również zmniejszyła się. Zostałam się tylko ja i kolega Lamus.

W 1793 r. cała Łódź i okolice znalazły się pod panowaniem pruskim. Był to pierwszy przełom w moim życiu. Nowe władze dokonały sekularyzacji dóbr biskupa wrocławskiego i w ten sposób okroili moje ziemie. Młyn i jego najbliższe tereny pozostawiono jednak łódzkiemu proboszczowi.

Mimo, że w 1815 r. znalazłam się z powrotem w granicach państwa Królestwa Polskiego, nie uchroniło mnie to od przeżycia wielkiego wstrząsu w 1822 r. Pamiętam dokładnie tę majową noc z 9 na 10, wtedy to mój piękny młyn spłonął! Niestety nigdy go już nie odbudowano.

Z tej opresji uratował mnie w 1825 r. Karol Fryderyk Wendish - wybitny specjalista w zakresie przędzalnictwa bawełny. W tym samym roku włączono oficjalnie moje posiadłości do osady Łódki.

Karol Wendish wybudował (1825 - 1827) i uruchomił budynek ręcznej tkalni o napędzie wodnym, w której były produkowane bawełna i len. W tym czasie moje tereny znacznie się powiększyły. Byłam już prawdziwą - dwu kilometrową ulicą! Nazwano mnie ulicą Przędzalnianą, która dziś nosi miano ul. bpa W. Tymienieckiego - sprawdźcie na planie jeśli nie wiecie, gdzie to jest!.

Początkowo wznoszone przez Wendischa obiekty były dość skromne. Monumentalną formę uzyskała natomiast przędzalnia, wybudowana w 1827r. na obecnej ul. bpa Tymienieckiego. Teraz mogłam patrzeć na całą Łódź z góry, gdyż był to trójkondygnacyjny gmach o rozmiarach - ponad 70 m. długości, około 17 m. szerokości i froncie o dwudziestu pięciu oknach - był to najwyższy budynek w mieście. W czterech trzynawowych halach pracowały maszyny przerabiające importowaną z Anglii bawełnę. Jako napęd wykorzystywano wodę z Jasieni, a w miejscu mojego młyna powstał staw. Wybudowano dom mieszkalny dla dyrektora fabryki, który urządził na swoich terenach również dość duży ogród, prowadził także gospodarstwo rolne. Były to piękne lata. Produkowana przez Wendischa przędza miała duży zbyt na rynku krajowym.

Niestety "nic nie trwa wiecznie" i niedługo potem w pewien mroźny zimowy dzień 1830 roku Krystian Fryderyk Wendisch umarł, a moją przędzalnię przejęła administracja rządowa. Pojawiły się trudności, a mianowicie silna i nowoczesna konkurencja przedsiębiorstwa Ludwika Geyera, którego maszyny poruszane były siłą pary.

W rezultacie doszło do zamknięcia w 1842 r. mojej przędzalni. To był najgorszy okres w moim życiu, zaczęłam się starzeć w zastraszającym tempie! Dopiero po trzech latach kupił mnie fabrykant - Karol Fryderyk Moes pochodzący z Nadrenii z miejscowości o bardzo pięknej nazwie - z Mischau, Maschau??? NIE, już wiem z Monschau - "pamięć szwankuje"!

Działał on wspólnie ze swoim bratem - Krystianem Augustem, prowadząc fabrykę sukna. Produkcję na większą skalę rozpoczęli jednak dopiero w 1850 roku, a cztery lata później udało im się nawet wprowadzić napęd parowy w przędzalni. Ta nowoczesna maszyna miała, aż 30KM mocy. Dla was to pewnie nic nie znaczy, ale wtedy było to ogromne osiągnięcie techniczne. Sprawy znowu zaczęły układać się dobrze, a produkcja wykazywała stały wzrost. W 1860 r. Karol Moes stał się jednym z największych przemysłowców Łodzi! Wyprzedzali go jedynie: Ludwik Geyer, Karol Scheibler, Jakub Peters i Leonard Fessler.

W latach 1861 - 1864 przemysł włókienniczy Królestwa Polskiego przeżywał kryzys surowcowy, który był wynikiem trwania wojny secesyjnej w USA, co spowodowało brak dostaw bawełny. Wówczas doszło do przerwania produkcji w wielu zakładach, w tym również w moich. Znowu moje mury nawiedziło nieszczęście - wybuchł pożar, a wkrótce po tym zmarł K.F. Moes. Niedługo, bo w 1865 roku, znalazł się chętny do ponownego podźwignięcia mnie z gruzów, był to Teodor Krusche. Nie odniósł on jednak znaczącego sukcesu. Udało mu się jedynie odbudować i ponownie, w 1868 r., uruchomić przędzalnię. Wkrótce, bo po dwóch latach, działalność tę znowu przerwał pożar w fabryce. Wierzcie mi, naprawdę nienawidzę pożarów!

Jak zobaczycie później nie był to mój haniebny koniec, wręcz odwrotnie - był to dopiero początek mojej największej chyba świetności!

Rozdział 2

Skąd przybył i co tu robił mój wybawca

W 1854 r. całą Łódź obiegła plotka o przybyciu do miasta i osiedleniu się w nim, liczącego dwadzieścia osiem lat, Karola Scheiblera. Informacje doszły i do mnie, gdyż nikt w tym czasie niczym innym się nie zajmował. Dowiedziałam się więc, że przyjechał do nas z Niemiec, a był Belgiem, że władał kilkoma językami i miał kontakty handlowe w wielu krajach Europy. Wywodził się ponoć z zamożnej rodziny od pokoleń związanej z sukiennictwem. "W młodości kształcił się i pracował w fabrykach bawełnianych Belgii, Francji, Prus, Wysp Brytyjskich i Austro-Węgier". W Łodzi osiedlił się po krótkim pobycie w Ozorkowie.

Okazało się, że o jego zaletach dowiedział się również prezydent Łodzi - Traeder - i "zwabił" go do nas propozycją bezpłatnej i wieczystej dzierżawy placów o powierzchni 17 morgów, położonych w Nowej Dzielnicy, czyli przy Wodnym Rynku, a dziś placu Zwycięstwa, obok "Angielskiego Ogrodu", teraz nazwany jest parkiem miejskim "Źródliska".

Dzięki Karolowi tereny te zaczęły się rozwijać. Już na początku swojej działalności Scheibler pozostawił w tyle wszystkich swoich konkurentów. W nowo wybudowanym budynku tkalni (w 1858 r.) umieszczono zmodernizowaną maszynę parową i najnowocześniejszego typu przędzarki.

W 1884 r. ukończono budowę domu dla fabrykanta. Co to było za dzieło, do dziś nie mogę wyjść z podziwu! Pałac swą elegancję uzyskał dzięki warszawskiemu architektowi Edwardowi Lilpop, który stworzył jego neorenesansową formę, a uroku dodały oszczędnie zastosowane detale. Budynkowi towarzyszą pomieszczenia dawnej wozowni oraz gmach stajni. Założę się, że wnętrza tego kompleksu są wam znane, może tylko o tym nie wiecie! Każdy z was musiał widzieć chociaż jeden z tych filmów: "Ziemia Obiecana" (reż. A. Wajda), "Pavoncello" (reż. A. Żuławski), "Lalka" (reż. R. Ber) czy "Między ustami a brzegiem pucharu" (reż. Z. Kużmiński). Każdy z tych filmów był kręcony właśnie we wnętrzach pałacu.

Od 1986 r. istnieje tu Muzeum Kinematografii. Prowadzi ono równolegle ze żmudnymi pracami konstewatorsko - remontowymi ciekawą działalność wystawienniczą i kulturalną. Przejeżdżając ulicą Główną (dzisiaj Piłsudskiego) łatwo zauważyć ten budynek, gdyż często pojawiają się tam porzucone jakby od niechcenia eksponaty. Jakieś dwa lata temu pozostawiono tam damski but wielkości małego fiata. Chyba zgodzicie się ze mną, że jest to niezwykłe miejsce.

W sąsiedztwie pałacu rozciąga się natomiast wspomniany już park "Źródliska", z niemiecka "Kwela", będący wielką enklawą śródmiejskiej zieleni.

Pozwólcie, że na chwilę oderwę Was od mojego tematu i opowiem Wam parę ciekawostek dotyczących tego cudownego miejsca. Ciekawi pewnie jesteście skąd taka nazwa. Otóż rzecz jest bardzo prosta, kiedyś miała tu początek jedna z łódzkich rzek! Założenie parku składa się z dwóch części - zachodniej i wschodniej, rozdzielonych zespołem dawnej scheiblerowskiej fabryki. Wyobraźcie sobie, że jest to najstarszy park łódzki - zwany dawniej również Ogrodem Spacerowym lub Angielskim - a powstał w 1843 r. Następnie jego kompozycja uległa przeobrażeniom i modyfikacjom, ale też wspomnianemu podziałowi. Zachodni fragment przejęty przez Scheiblera zawdzięcza swój kształt działalności znanej firmy ogrodniczej L. Späth. Wśród wspaniałych okazów buków, miłorzębów chińskich przetrwały resztki sztucznej groty i drewniana altanka. Wschodni fragment parku, przekształcili w okresie międzywojennym E. Ciszkiewicz i S. Rogowicz. To tu znajdowało się tradycyjne miejsce robotniczych majówek i zabaw. Po wojnie natomiast wzniesiono tu palmiarnię, w której znajduje się zespół ciekawych drzew i krzewów.

Jeśli jesteście na bieżąco w sprawach dotyczących swojego miasta, to powinniście wiedzieć, że otwarta (wrzesień 2003r) po długim remoncie palmiarnia jest najnowocześniejszym obiektem tego typu w Polsce, a cały park uległ ostatnio pewnym ulepszeniom. Pojawił się porządny plac zabaw z prawdziwego zdarzenia oraz kompleks sportowy ze stołami do ping - ponga, wyznaczonym miejscem do gry w koszykówkę i piłkę nożną. Jak widzicie, każdy znajdzie coś dla siebie, tylko wystarczy się tu wybrać - ja serdecznie zapraszam.

"No dobra", powróćmy jednak do czasów, gdy przy Wodnym Rynku powstawały zręby wielkiego kompleksu przemysłowego, zwanego później "Centralą". W tej sytuacji, ja biedna mogłam jedynie zazdrościć i marzyć o tym, że kiedyś zacny Scheibler, raczy zainteresować się moimi zdewastowanymi murami, ale prawdę mówiąc "czarno to widziałam".

Aż tu nagle pewnego dnia, a było to w październiku1870 r., okazało się, że za cenę 40 tysięcy rubli, sprzedano moje tereny. Zdziwiłam się w pierwszym momencie, gdyż wiedziałam, że lata 1861 - 1864 były bardzo ciężkie dla przemysłu włókienniczego całego Królestwa Polskiego, gdyż wspomniany już wcześniej przeze mnie "głód bawełniany" nie zdążył się jeszcze całkowicie zrehabilitować. Jedyną osobą, która zdobyła wówczas wielkie pieniądze, był Karol Scheibler, a sukces ów odniósł dzięki nagromadzonym ogromnym zapasom surowca, które wystarczyły nie tylko na produkcję, ale i na sprzedaż bawełny po wysokich cenach. To właśnie ten dostojnik nabył moją spaloną fabrykę i jej okolice.

 

Rozdział 3

Gloria i sława

Teraz przyszła kolej na zazdrość innych ulic, gdyż to ja stałam się tą najsłynniejszą, a nazwano mnie "królestwem Scheiblera". Moje tereny znacznie się powiększyły - zajęłam posiadłość dawnego Wójtowskiego Młyna oraz w trzy lata później młyna Lamus. Łączna powierzchnia tych terenów wyniosła ponad 500 ha, co stanowiło około 0,14 ówczesnego terytorium miasta.

Scheibler nie zwlekał, już w trzy lata później uruchomił nowy oddział, który nazwany został z niemiecka "Pfaffendorf", na który złożyła się czterokondygnacyjna przędzalnia wyposażona w 70 tysięcy wrzecion oraz tkalnia z 1200 krosnami mechanicznymi. Materiałem, którym się posłużono, była starannie spoinowana cegła o ciemnoczerwonej barwie.

W stosunkowo niedługim czasie u zbiegu ulic Przędzalnianej i św. Emilii powstał duży kompleks obiektów przemysłowych obejmujących dwie przędzalnie, niciarnię, tkalnię, gazownię fabryczną do oświetlenia hal produkcyjnych i domu majstrów (była to pierwsza prywatna gazownia w Łodzi), uruchomiono w 1878 r. bocznicę kolejową łączącą zakład z linią Kolei Fabryczno-Łódzkiej (to również była pierwsza linia kolejowa w Łodzi), magazyny surowca i inne mniejsze obiekty. Zespół fabryczny usytuowany po południowej stronie mojej koleżanki - ul. św. Emilii, otrzymał oficjalną nazwę Zakład Nowy tak zwana Manufaktura Księży Młyn - ładnie to brzmi, prawda?!

Niestety jednak i Scheibler nie ochronił mnie przed ogniem! W 1874 r. moją największą chlubę - piękną przędzalnię - nawiedził pożar, i to ogromny. Karol jednak nie poddał się, jak to mieli w zwyczaju jego poprzednicy, ale dalej inwestował w moje tereny.

W 1875 r. miało miejsce jedno z najważniejszych wydarzeń w życiu rodziny Scheiblera, mianowicie ślub najstarszej córki Karola- Anny - Matyldy Zofii z Edwardem Herbstem. Prezentem dla młodej pary, z którego również i ja się bardzo ucieszyłam, miała być willa wzniesiona u zbiegu ulic Przędzalnianej i św. Emilii.

W tym samym roku, zaczęły powstawać już pierwsze dwupiętrowe domy mieszkalne dla robotników, zwane "famułami" lub "domami familijnymi". Powstawały one na obszernej, prostokątnej działce leżącej na północny zachód od skrzyżowania ulic bpa Tymienieckiego i Przędzalnianej. Kompozycyjnie robotnicze osiedle sprzężone zostało z gmachem przędzalni. Jej środkowy ryzalit (przypis autora: część budynku wysunięta ku przodowi na wysokości wszystkich kondygnacji), zaopatrzony w zegar, stanowił majestatyczne, południowe zamknięcie długiej na ponad 200 m i szerokiej na 24 m brukowanej i wysadzanej drzewami alei.

Po stronie przeciwnej, a był to cały czas ten sam rok, wybudowano budynek szkolny. Wzdłuż łączącej wspomniane obiekty osi powstały dwa szeregi domostw. Trzeci stanął przy zachodniej pierzei (przypis autora: frontowa ściana zabudowy ulicy lub placu) ul. Przędzalnianej. Łącznie do 1879 r. pobudowano osiemnaście piętrowych domów. Zespół stanowił zamkniętą jednostkę, otoczoną parkanem i opatrzoną w zamykane nocą bramy. Istniały one zarówno od strony ul. św. Emilii oraz przy wylocie ulicy nazwanej moim imieniem - ul. Księży Młyn - do ul. Przędzalnianej.

W między czasie, w 1876 r., kolejny pożar strawił jeden z budynków mojej przędzalni. Nie zachwiało to jednak fortuną fabrkanta. Odbudowana w 1877 r. przędzalnia była nawet o 18 tysięcy wrzecion większa. Wtedy z inicjatywy grupy łódzkich przemysłowców zorganizowano pierwszą Łódzką Ochotniczą Straż Ogniową (ŁSOO). Dokładnie 20 czerwca 1884 r. w przedsiębiorstwie Scheiblera zorganizowano fabryczną straż ogniową. Tą konieczną, a zarazem nowatorską decyzję wprowadził w życie Karol Scheibler junior. W roku 1891 dla straży ogniowej wybudowano okazałą siedzibę przy ulicy św. Emilii (obecnie ks. bpa Tymienieckiego 30). "Autorem projektu był Hilary Majewski. Budowla ta, podobnie jak zaprojektowana przez Majewskiego kilkanaście lat wcześniej scheiblerowska przędzalnia, nawiązuje do architektury obronnej. Góruje nad nią wieża zwieńczona stylizowanymi machikułami (przypis autora: ganek wysunięty przed lico muru) i blankami (przypis autora: zręby wieńczące mury). Do głównego korpusu budynku przylegają dwie wozownie. W głębi posesji wybudowano dwa jednopiętrowe domy mieszkalne dla strażaków i budynek stajni".

Wróćmy jednak do prezentu ślubnego, nie tylko dla Matyldy i Edwarda, ale także dla mnie, którym był pałac znany dziś jako "Rezydencja Księży Młyn". Został on usytuowany, na planie prostokąta zbliżonego do kwadratu, w parku nad stawem utworzonym na rzece Jasień. Ten stosunkowo niewielki budynek, który powstał również według projektu Hilarego Majewskiego, nawiązywał, swoim stylem neoklasycystycznym, do włoskiej architektury renesansowej w. XIX. Budowę zakończono do r. 1877. O jej wyjątkowości i świetności możecie przekonać się sami oglądając ją, albo zaufać mojemu opisowi i mojej pamięci, gdyż w czasie drugiej wojny światowej zniszczono wyposażenie willi. Zrekonstruowano je dopiero w ponad trzydzieści lat po wojnie, zachowały się tylko nieliczne szczegóły.

I tak z westybulu (p.a: przedsionek) drzwi, nad którymi znajduje się witraż przedstawiający Annę Marię Charitas (pierwsze dziecko Matyldy i Edwarda Herbstów, urodzone w r. 1889), prowadzą do korytarza, z którego dostępna jest większość salonów.

Pierwszym pokojem był gabinet pana domu, usytuowany od strony ulicy Przędzalnianej. W gabinecie stała oszklona trzydrzwiowa biblioteczka, nad którą wisiał portret Karola Scheiblera - ojca Matyldy Herbstowej. Ważne miejsce zajmowało tu dębowe biurko, na którym stały m.in.: przybornik do pisania z kałamarzami, suszką i podstawką na pudełko do zapałek. Pod oknem stał dekoracyjny wazon z wytwórni fajansów Sevres (II poł. XIX w.). Na komódce stał zegar ozdobiony postacią Merkurego i figurkami przedstawiającymi alegorie przemysłu włókienniczego.

Następnym pomieszczeniem był salon lustrzany o bogatym neorokokowym wystroju. Sufit zdobiły owalne obrazy plafonowe z wyobrażeniami muz. Zaś nad drzwiami znajdowały się trzy supraporty (obramowana płaszczyzna nad drzwiami, ozdobiona płaskorzeźbą lub malowidłami), które przedstawiały pory roku - wiosnę, lato i jesień. Z pierwotnego wystroju salonu zachował się piec oraz wspaniały, kryształowy żyrandol, który wykonany był w jednej z francuskich wytwórni w czwartym ćwierćwieczu XIX stulecia.

W salonie wschodnim - dawniej zwanym żółtym - pod oknem stała na postumencie figura - Kannon - bogini nieograniczonego miłosierdzia. Na ścianie umieszczono dziewiętnastowieczną, japońską, jedwabną makatę. Wśród szeregu różnych, drobnych przedmiotów dekoracyjnych i rzeźb, była figurka bożka Chotej oraz dziewczynki czytającej książkę.

Kolejnym był salon środkowy - kwiatowy, gdzie zbierali się goście, by pogawędzić i posłuchać muzyki. Stało tu pianino zdobione okuciami ze złoconego brązu, na którym ustawiono szklane wazony, a obok szezlong.

Dalej przechodziło się do salonu myśliwskiego, nie zmienionego po dziś dzień, którego wystrojem był dębowy strop kasetonowy, a także boazerie zdobione snycerką i intarsjami (przypis autora: zdobienie przedmiotów drewnianych wzorami ułożonymi z różnych gatunków drewna). Na płycinach drzwi umieszczono sceny z polowań. Nadawało to wnętrzu szczególny charakter.

Na parterze również mieściła się jadalnia, gdzie stała serwantka, a stół nakrywano porcelaną pochodzącą z Królewskiej Manufaktury z lat dwudziestych w. XX. Z nią sąsiadowała sala balowa, wybudowana w 1877 r., z której można było wyjść na taras i do ogrodu.

Łącznik znajdujący się między salą balową a ogrodem zimowym służył do przechowywania drzewek pomarańczowych, które latem zdobiły ogród otaczający willę. Zarówno ogród, jak i łącznik zostały zburzone przez powojennych użytkowników obiektu.

Na piętro prowadziła klatka schodowa, którą zdobią marmaryzacje i malowidła z wkomponowanymi inicjałami pierwszych właścicieli: MH (po lewej, tj. Matylda Herbst) i EH (po prawej, tj. Edward Herbst) oraz symbolami przemysłu włókienniczego, którymi są m.in. czółenko, szpula, nici itp. Podobne motywy pojawiły się w zdobiącym okno oryginalnym witrażu.

Na piętrze znajdowały się zaś sypialnie: pana domu, pani domu oraz panienki, a także garderoba, pokój dzienny, biblioteka oraz sypialnie dla gości, łącznie dziewięć komnat.

Godny uwagi jest pokój pani Matyldy Herbst, który zawsze czekał na jej powrót. Nad łóżkiem znajdował się portret jedynej córki Matyldy i Edwarda - Anny, którą to fotografię wykonano w latach dziewięćdziesiątych XIX w. w łódzkim zakładzie A. Wołkowicza.

Na piętrze znajdował się również salon rodzinny, który urządzono miękkimi, wyściełanymi meblami, uzupełnieniem tego pokoju był fortepian.

Dalej - biblioteka z bogato zdobionymi snycerką meblami, wykonanymi z dębiny i orzecha kaukaskiego. Na szafach bibliotecznych ustawiono fajansowe, biało - kobaltowe wazony. Obok pieca umieszczono portret Leona Grohmana.

W latach dziewięćdziesiątych XIX w. dobudowano jeszcze stajnię i wozownię. Herbstowie mieszkali tu do 1942 r., potem przenieśli się do Wiednia, zabierając ze sobą wyposażenie domu. Niewłaściwe eksploatowanie opuszczonej posiadłości w okresie powojennym, o ile mnie pamięć nie myli właścicielem willi był Zakład Fizjologii Polskiej Akademii Nauk, doprowadziło do jej dewastacji i częściowego wyburzenia. W ogóle wojna i okres powojenny były dla mojego osiedla bardzo ciężkie.

Dopiero w 1976 r. zainteresowano się rezydencją i oddano moją chlubę pod opiekę Muzeum Sztuki w Łodzi. Po wieloletnim remoncie, którego wspaniałe efekty nagrodzono Międzynarodową Nagrodą "Europa Nostra" w 1990 r., w dniu - tej daty nigdy nie zapomnę - 28 grudnia 1990 r. pałac udostępniono społeczeństwu. Od tego czasu bardzo dużo turystów zaczęło odwiedzać to wspaniałe miejsce, z czego bardzo się cieszę.

Obecnie znajduje się tu - jedyne w kraju - Muzeum Wnętrz Fabrykanckich drugiej połowy w. XIX. W przylegającej do rezydencji "szwajcarce" urządzono galerię wystaw czasowych. Dawna wozownia zaś służy jako magazyn muzealny, ale znajdują się tu również pomieszczenia biurowe oraz ekspozycja zabytkowych powozów należących do Michała Leszczyńskiego.

Jeszcze jednym ważnym budynkiem, który powstał na moich terenach na ul. Przędzalnianej 75 - obecnie Milionowej 14, był pierwszy w Łodzi szpital fabryczny, który wybudowano w 1884 r. również zgodnie z projektem Hilarego Majewskiego. Nazwano go imieniem św. Anny, na znak wdzięczności dla jego fundatorki - wdowy po Karolu Scheiblerze - Anny. Dziś nosi on imię Karola Jonschera. Był to wówczas trzeci tego rodzaju szpital w Polsce. Dysponował czterdziestoma łóżkami i dwoma oddziałami, a mianowicie wewnętrznym i chirurgicznym. W następnych latach liczby łóżek wzrosła do sześćdziesięciu. Nie ma żadnych wątpliwości, że budynek był placówką nowoczesną, co potwierdzało wyposażenie go w gabinety elektro- i hydroterapeutyczne, a od 1910 r. nawet w aparat rentgenowski.

Powracając jednak do rodziny Scheiblerów, której tak wiele zawdzięczam, muszę wspomnieć o bardzo smutnym dla mnie fakcie, który nastąpił w 1881 r., a mianowicie o śmierci mego dobroczyńcy i zbawcy Karola Scheiblera. Jego dzieło uczynienia ze mnie tak wspaniałego osiedla robotniczego, kontynuują jego spadkobiercy, którzy m.in. utworzyli na moim terenie bibliotekę i czytelnię (1885r.) dla robotników oraz w 1887r. rozbudowali osiedle domów familijnych przy ul. Przędzalnianej.

Po wojnie, która, jak już wspomniałam, była dla mnie bardzo niełaskawa i spowodowała wiele zniszczeń, a dokładnie na początku lat sześćdziesiątych XX w. powstały na moim terenie Łódzkie Zakłady Przemysłu Bawełnianego im. Obrońców Pokoju "Uniontex", które kontynuowały tradycję włókiennictwa tak ważną i zrośniętą ze mną.

ZAKOŃCZENIE

Moja przyszłość

Moja przyszłość wygląda całkiem obiecująco, gdyż rośnie zainteresowanie mną, co mnie szczególnie cieszy, młodych ludzi, a także są projekty przebudowy terenu wokół remizy strażackiej. Według pomysłodawców - Marka Janiaka i Wojciecha Saloni - ma tu powstać kompleks budynków biurowych oraz restauracje i kawiarnie. Panowie architekci pomyśleli także o mojej urodzie. W celu odmłodzenia mnie postanowili połączyć elementy surowej zabudowy mojego niegdyś robotniczego osiedla z nowoczesnym, wręcz "kosmicznym", budownictwem. Jak każdej kobiecie pomysł odmłodzenia przeprowadzonego w ten sposób bardzo mi się podoba, również z tego powodu, że zacznie mnie odwiedzać i być może doceniać coraz więcej łodzian.

Są to jednak tylko projekty. Jaka będzie przyszłość - czas pokaże.

 


tekst autorstwa Justyny Szewczyk

 

Copyright © by Łukasz Krawczyk 2000-2007. Wszelkie prawa zastrzezone.